10 maja 2012

Przejść przez ekran

Powrót do SPIS TREŚCI
Tekst opracował: Krystian Kocanowski
Publikacja: 10.05.2012, 23:46
Ostatnia aktualizacja: brak aktualizacji


Źródło: http://szukaj.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,1820205,20011214RP-CTR,PRZEJSC_PRZEZ_EKRAN,.html



Przejść przez ekran
Monika Kuc
Gazeta Telewizyjna nr 292, wydanie z dnia 14/12/2001, str. 6

[autor fot./rys] PAT, RP-CTR



fot. Marek Bilewicz/EastNews

Monika Kuc: Kiedy w 1955 roku ogłoszono konkurs na spikera telewizyjnego, był Pan już architektem z kilkuletnim stażem. Skąd pomysł, by zostać spikerem?

Jan Suzin: Miałem zawód i nawet kilka projektów za sobą. M.in. razem z ojcem - także architektem - rekonstruowaliśmy kościół garnizonowy na Długiej w Warszawie. Jednak pewnego dnia, nudząc się w pracowni, przeczytałem w "Expressie Wieczornym", że szukają kandydatów na telewizyjnych spikerów. Wtedy już szedł stały program, nadawano go przez trzy godziny we wtorki i piątki [pierwszy po wojnie eksperymentalny pokaz telewizyjny w Polsce miał miejsce 15 grudnia 1951r. - red.]. Studio przy pl. Wareckim, później Powstańców Warszawy, było jedyne w kraju, więc pomyślałem, że zobaczę, jak to wygląda.

Na eliminacje zgłosiło się 2 tys. kandydatów. Do końca nie wierzyłem, że zostanę wybrany, ale o dziwo, po pierwszym etapie dostałem zaproszenie na próbę kamerową. Tam, w pełnych światłach i charakteryzacji, musiałem wygłosić jakiś tekst z pamięci. A potem Adam Hanuszkiewicz rzucił: - Niech pan sobie wyobrazi, że jest awaria i musi pan wypełnić dziurę w programie. Więc niewiele myśląc, zacząłem: "Mam dla państwa dobrą wiadomość. Po przerwie szykujemy rzecz, która na pewno się państwu spodoba. Otóż Telewizja Polska kupiła w Paryżu serię filmów specjalnie dla panów, które będziemy nadawać codziennie w godzinach wieczornych". Wygłupiłem się - pomyślałem. Jednak znalazłem się w grupie dziesięciu osób, którym zaproponowano współpracę. Docieraliśmy się przez parę miesięcy i w końcu został Eugeniusz Pach - archeolog, i Jan Suzin. Potem doszła Irena Dziedzic, a w 1959 roku - Edyta Wojtczak. W tym składzie pracowaliśmy długo.

Można powiedzieć, że Pana życie to telewizja.

Dokładnie 41 lat. Pierwszy dyżur miałem 26 listopada 1955 roku, a ostatni 26 listopada 1996 r. Edyta, odchodząc, zrobiła wieczór pożegnalny, ja zdecydowałem, że wyjdę po cichu. Na zakończenie dyżuru powiedziałem jak zwykle "życzę państwu dobrej nocy", wyszedłem ze studia i już nie wróciłem. O popularność nigdy nie zabiegałem, chociaż po drodze był Złoty Ekran, Wiktor, SuperWiktor, a na początku lat 90. razem z Edytą, na 40-lecie Telewizji, zostaliśmy wybrani na parę najbardziej lubianych postaci.

Genek Pach odszedł kilkanaście lat wcześniej. Przeniósł się na prowincję, ma teraz dużą przetwórnię owoców w małym miasteczku. Śmieje się, że utrzymuje pół miasta.

Początki w latach 50. to legenda i okres heroiczny telewizji...

To były niezapomniane lata, kiedy nie miało się obok siebie "wszystkich świętych", ale takich samych zapaleńców. Budowaliśmy coś, ale tylko przeczuwaliśmy, jak to ma wyglądać, bo nie było możliwości porównań. Filmowcy i radiowcy dawali nam dobre rady, ale musieliśmy szukać własnej drogi. Chcieliśmy nie tylko informować i dawać rozrywkę, ale też uczyć. Podjęliśmy się zadania nieznanego, właściwie ponad siły. I wyobrażaliśmy sobie, naiwni, że telewizja połączy ludzi i ulepszy nasze życie.

Niestety, dziś telewizja nie ulepsza życia, wręcz przeciwnie. Teraz, gdy włączy się telewizor, to ma się wrażenie, że świat to wyłącznie katastrofy, wypadki i zbrodnie. Analizujemy, dlaczego jest tyle przestępstw wśród młodych ludzi, zapominając, że oni codziennie patrzą na ten "instruktaż". A przecież świat ma również dobre strony, które warto pokazać. Tęsknię za telewizją, która daje radość, pokazując ciepłe, pogodne i mądre filmy.

Nie przeczuwaliśmy wówczas, a nawet jeszcze w latach 70., tak błyskawicznej globalizacji i rozwoju mediów. Nie sądziliśmy, że w każdym domu wkrótce stanie telewizor, niszcząc w jakimś stopniu więzi rodzinne i życie towarzyskie.

Jak w pionierskich czasach wyglądała praca w studiu?

Najpierw pokazywano planszę z Syreną na stojaku, który wiecznie się przewracał, a pod nią podkładano melodię "...mówili nie ma Warszawy, a tu jest Warszawa". Potem ukazywał się spiker i mówił: "Naczelna Redakcja Programu Telewizyjnego rozpoczyna nadawanie programu z Doświadczalnego Ośrodka Telewizyjnego. Dziś w programie mamy to i to". Zwykle w trzygodzinnym programie mieściła się jakaś jednoaktówka, krótka rozmówka, kronika filmowa i film. Pamiętam, że na moim pierw-szym dyżurze nadano francuski film "Wakacje pana Hulot". O 20 program się kończył i spiker zapraszał przed telewizory za kilka dni. W trakcie realizacji trzeba było nieustannie czuwać. Wszystko szło na żywo, mieliśmy tylko dwie kamery, więc krążyłem po studiu, żeby zmieścić się w kadrze którejś z nich, a gdy następowała nieoczekiwana przerwa, musiałem opowiadać coś "z głowy". Te staroświeckie kamery wymagały ogromnej ilości światła, więc w niewielkim studiu było gorąco jak w piecu. Jednak nas wszystko fascynowało: kamery, mikrofony, głośniki, szklane szyby. Tworzyliśmy grupkę przyjaciół i nawet jeśli to nie był dzień nadawania programu, to i tak wieczorem ciągnęliśmy na pl. Powstańców, żeby pogadać.

Telewizja na żywo nadawała jeszcze w latach 60., chociaż próby z tele-recordingiem robiono od początku, aby móc wreszcie puszczać program z "konserwy". Nazywaliśmy tak okrągłe, płaskie puszki z taśmami. Wielki techniczny skok nastąpił w latach 70., kiedy prezesem został Maciej Szczepański. Cokolwiek by o nim mówiono, trzeba przyznać, że podciągnął polską telewizję do poziomu europejskiego, przebudował studia, wtedy też zaczął wchodzić program w kolorze.

Nie żałuje Pan, że porzucił architekturę?

Architektura to nie tylko uprawianie zawodu, budowanie konstrukcji, zagospodarowanie przestrzeni, ale także sposób myślenia i odbierania świata. Jak się już raz zostało architektem, nie przestaje się nim być, czy się coś buduje, czy nie. W telewizji zresztą wymagano od nas porządnej wiedzy o kulturze i sztuce, a to także podstawa zawodu architekta, więc gdzieś to wszystko się zazębiało.

Zachował Pan pozatelewizyjne pasje?

Oczywiście, od wielu lat poluję. Kiedyś zdarzyło mi się nawet polować w Szwecji nad granicą norweską. Ale to już temat na osobne opowiadanie.

A czy Pana pierwszym telewizorem była legendarna polska Wisła produkowana od 1955 roku?

Wisłę mieli moi przyjaciele. Te niewielkie odbiorniki na ogół dobrze działały, ale to nie była wtedy tania zabawa. Telewizorów w całej Warszawie na początku było może kilkaset. Większość stała na wystawie sklepów, przed którymi ludzie się gromadzili i patrzyli, jak tam w tym "radiu" coś się rusza. Telewizor kupiłem dopiero około 1960 roku, kiedy zaczęliśmy produkować 17-calowe belwedery. W PRL-u trzeba było wszystko załatwiać. Cała nasza szajka: Genio Pach, Edyta, Irka, Czesław Nowicki ("Wicherek") i ja napisaliśmy wtedy podanie do jakiegoś ministra i on nam łaskawie zezwolił na kupno pięciu telewizorów. Ten belweder służył mi przez długie lata. Później dostałem służbowego rubina, a przed 15 laty kupiłem odbiornik Sony i on pracuje do dzisiaj. Zresztą rzadko go włączam.

Kiedy telewizja stała się medium propagandowym?

Na początku nie było mowy o propagandzie. Prominenci nie doceniali telewizji, traktowali ją jak techniczną zabawkę. Do celów propagandowych używali radia. W pierwszych latach telewizja była więc "zabawą" artystyczno- -publicystyczną - trochę literatury, teatru, dzięki któremu poznałem swoją żonę; był "Pegaz", "Kabaret Starszych Panów" i programy dla dzieci ze słynnym "Misiem z okienka" i Bronisławem Pawlikiem. Pierwszy program informacyjny - "Wiadomości dnia" - wszedł w 1958 roku. I najpierw było to raptem dziesięć minut z garścią informacji zebranych przez jeden zdezelowany telefon, ilustrowanych reporterskimi zdjęciami Krystiana Barcza, bardzo dobrego fotoreportera "Życia Warszawy".

Około 1960 roku władza zorientowała się w możliwościach telewizji i przejęła to w swoje łapki. Pion informacji zaczął się rozrastać.

Co wyznaczało punkty zwrotne w telewizji - wydarzenia polityczne czy zmiany prezesów?

I jedno, i drugie, bo jedno było wynikiem drugiego.

A jak było w stanie wojennym?

Niełatwo, zapukał do mnie ośnieżony żołnierz i zabrał mnie na Woronicza, a tam było różnie. Prezenterzy dziennika ochoczo wskoczyli w mundury. My zaś przytomnie zadaliśmy pytanie, czy ktoś wyobraża sobie Edytę w mundurze? I mieliśmy spokój. Dostawaliśmy do czytania jakieś komunikaty, które trzymaliśmy wysoko w kadrze, żeby było wyraźnie widać, że nie są to nasze teksty.

Kiedy w telewizji stał się Pan też dziennikarzem?

W latach 70. w "Dzienniku telewizyjnym" zaproponowano mi "działkę" architektury. Miałem bardzo ciekawą robotę, dzięki której nauczyłem się telewizyjnej reporterki. Wtedy były dwie wielkie budowy w Warszawie - Trasa Łazienkowska i Zamek Królewski. Na Zamku prof. Jan Bogusławski, cudowny erudyta, opowiadał wspaniale o wszystkim. A na Trasie Łazienkowskiej byłem jednym z pierwszych, którzy przeszli przez most. Pewnego dnia cały światek dziennikarski spotkał się na środku Wisły, gdzie zeszły się budowane z dwóch brzegów połówki. Poprosiłem wtedy dyrekcję, żeby mi pozwoliła pójść nowym mostem do domu na Saską Kępę.

Reporterka mnie fascynowała, chociaż była to zawsze robota na wczoraj, bo natychmiast po zdjęciach trzeba było taśmę wywołać (nie było jeszcze magnetycznej), wysuszyć i zmontować. Potem spasować obrazek z tekstem, zmieścić materiał w trzech minutach i spuentować. To trudne, żeby nie zrobić z krótkiego reportażu montażowej sieczki. Miałem satysfakcję.

Cudowną dziennikarską robotą, chociaż wymagającą nieludzkiego napięcia, były także "Turnieje miast". Program dwugodzinny na żywo. Przyjeżdżaliśmy na miejsce tydzień wcześniej, żeby wszystko ustawić. Buszowaliśmy po ryneczkach dwóch miast i mieliśmy próby od rana do nocy. Kiedy w niedzielę cała Polska czekała na "Turniej miast", biorąc mikrofon, miałem ochotę wyrżnąć nim w środek rynku, i w nogi... Wychodziliśmy z tego zupełnie wyżęci, ale była to świetna zabawa.

Bywał Pan także lektorem filmów.

To osobny rozdział. Fabularnych filmów przeczytałem kilka tysięcy.

Pamięta Pan pierwszy?

O tak, wpadłem na nim strasznie. To był jeden z najstarszych filmów w historii kina - "Ziemia" Dowżenki z napisami, które miałem odczytywać. Popełniłem fatalny błąd, bo wydawało mi się, że trzeba te napisy podgrywać. Nic błędniejszego! W ten sposób nawet najlepszy film jest nie do zniesienia. Na drugi dzień odebrałem zasłużoną rugę i potem wszystko poszło już gładko.

Listy dialogowe filmów trzeba czytać na zasadzie suflowania. Moja żona Alicja Pawlicka, która jest aktorką, mówi, że żaden aktor dobrze tego nie zrobi. Bo to specjalna umiejętność - jazda na ostrzu brzytwy. Nie może być ani zagrane, ani obojętne. Jakby w kinie obok ciebie ktoś siedział i szeptał ci do ucha.

O telewizji mówi się, że kreuje sztuczne osobowości czy wręcz wirtualne byty.

Do tego zmierza, tworząc sztuczne postacie pędzone elektronami. My wszystkiego musieliśmy się uczyć sami. I chociaż nie bardzo wiedziałem, jak to ugryźć, pomogły mi mądre słowa przedwojennego radiowego spikera Tadeusza Bocheńskiego. Miał urzekający, niski głos, a o tym, że chodził o kulach, kochający go i piszący do niego listy radiosłuchacze, nic nie wiedzieli. Napisał książkę "Znam tylko twoje listy", w której mówił o tajnikach swego zawodu. Dowiedziałem się z niej, że zawsze starał się mówić do jednego człowieka. I tę zasadę przejąłem. Bo siedząc przed mikrofonem, ani na chwilę nie wolno sobie wyobrażać, że mówi się do milionów. Tylko w ten sposób przechodzi się przez ekran.

Wśród młodych ma Pan następców?

Miałem miłą satysfakcję, kiedy Tomasz Lis, który jest bardzo dobrym prezenterem, powiedział w jakimś wywiadzie, że zawodu uczył się na mnie.

Istnieje ideał prezentera?

Nie, ale jest jedna najważniejsza zasada. Nie wolno nikogo grać. Trzeba być sobą - to jest podstawa sukcesu.





Powrót do SPIS TREŚCI

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy